Czasem mamy uczucie, że ktoś rzucił na nas urok. Źle się czujemy, nie idzie nam w pracy, mamy wszystkiego dość. Ba, zdarzają się nawet przypadki depresji i nerwicy. Są to nagłe zmiany, nie poprzedzone innymi oznakami. Dlatego często wykluczamy swoją rolę w takiej sytuacji i myślimy, że ktoś rzucił na nas urok. Jak to odczarować?

...albo chociaż do klubów z tańcami na rurze. Albo do takich gdzie są wieczory "miss mokrego podkoszulka". Ogarnijcie się.



Hej, kojarzycie taką super gierkę na Fejsa i komórki, Candy Crush? Ten kto ją wymyślił powinien umrzeć.



Ja wiem, że o hipsterach mówi się pogardliwie, twierdzi że są pretensjonalni i nie znają się na rzeczach, dodatkowo to elitarne dzieciaki, dużo siedzą na necie i nie lubią jak się na nich mówi hipsterzy. A ja chcę, żeby na mnie mówili "hipster".

Potraktujcie to jako mój list motywacyjny w sprawie przyjęcia do grona hipsterów. 
Zwracam się do rekruterów hipsterstwa. Oto moje powody dla których chcę być jedną z was:

  1. Hipsterzy są bogaci. Ja też bym bardzo chciała być bogata, chciałabym mieć na winyle, robienie zdjęć analogiem (najlepiej średnim lub wielkim formatem z pelerynką ojezusmariataaak), imprezowanie co tydzień, wakacje na Hawajach i jeszcze chodzenie do drogich kawiarni z kawą sprowadzaną prosto z Puerto Rico. Byłoby super, gdyby mnie było na to stać.
    Tak naprawdę to z tym punktem wiąże się reszta punktów i jest to główny warunek bycia hipsterem. No ale trudno, muszę napisać coś dalej.
  2. Hipsterzy znają wszystkich. Ja nie lubię ludzi, więc mało kogo znam, co najwyżej ze stalkowania na fejsie. Jednak oni znają ludzi, artystów, piosenkarzy i celebrytów, chodzą na najlepsze imprezy i zawsze wiedzą które są najlepsze. Jak ja w końcu gdzieś wyjdę to się źle bawię, wracam do domu o 23 i płaczę w łóżku do drugiej w nocy.
  3. Hipsterzy mają iPhony. Powiecie "marketing" a ja powiem "gówno prawda", mnie po prostu cholera bierze z tym moim starym Samsungiem. Zaktualizowałam sobie ostatnio Androida i jak biorę go do ręki to walczę z chęcią wyrzucenia go przez okno. Nie zawsze udaje mi się wygrać.
  4. Wszystko dookoła hipsterów jest ładne. Nie mieszkają w blokowisku z meblościanką, tylko mają duże, jasne i przestronne wnętrza i komody i antyki i bardzo ładne plakaty na ścianach. Chodzą do najładniejszych knajp w których obwarzanki kosztują 15 złotych. Bardzo lubię być w ładnym otoczeniu.
  5. Hipsterzy nie pracują. Albo pracują w jakiejś dziwnej agencji gdzie za pisanie długopisem po Moleskinach i robienie zdjęć iPhonem płacą bardzo duże pieniądze. Spokojnie mogłabym to robić, godzinami.
  6. Hipsterzy słuchają muzyki której ja słucham. To jest bardzo fajne uczucie nie musieć znosić w swoim otoczeniu fanów Krawczyka albo Lany. Mogłabym siedzieć w tym open space i odkrywać japońską muzykę.
  7. Hipsterzy dobrze się ubierają. Ja wiem że nie każdy tak uważa, ale zakładanie RayBanów + ciuchów ze szmateksu, albo stylówka "XIX wieczny dżentelmen" jest dużo bardziej gustowne niż klapki i dresik. Nawet noszenie rzeczy ironicznie mi nie przeszkadza. Bo noszenie rzeczy ironicznie świadczy o jakimś dystansie do swojego wyglądu, którego wielu ludziom brakuje.
Nie mogę się doczekać aż zostanę hipsterem. Proszę, mamo.



PS. Żadne zdanie tego tekstu nie jest ironiczne.

Od ponad sześciu lat miałam problemy z piecykiem gazowym. Nie odpalał od razu, włączał się za drugą-trzecią próbą, zazwyczaj po kilkunastu sekundach. Doszło do tego, że przyzwyczaiłam się do mycia naczyń zimnym, czekania na ciepły prysznic i tego, że po powrocie do domu nie mogę ogrzać łapek gorącą wodą.

Słuchajcie, dwa dni temu przyszedł do mnie facet, wziął stówę i naprawił ten piec w 15 minut. To najlepsza rzecz, jaka mnie spotka w kwietniu, i nie dlatego że mam niskie wymagania.
Nie będę tu pisać pieśni o tym wydarzeniu (chociaż bym mogła), bez przesady. Jednak po raz kolejny utwierdziłam się w lewackim przekonaniu, że to byt kształtuje świadomość.

Czuję się od razu dużo lepiej. Jakość mojego życia wzrosła. Tak bardzo, że teraz mam ochotę regularnie myć naczynia, sprzątać w domu i gotować pyszne rzeczy. No i być produktywna w inne sposoby niż bycie panią domu, wiecie o co chodzi w każdym bądź razie.

Przyszły do mnie lepsze dni!

Powiesz "to pierdoły" a nieprawda. To ważne, żeby życie nie dawało w głowę we własnym domu. Jestem przekonana, że masz takie pierdoły które może nie spędzają snu z oczu, ale nieźle wkurzają, a umiesz przechodzić obok tego obojętnie. Chyba że masz nowy dom i sprzątaczkę, kucharkę i w ogóle osoby od ogarniania, to nie masz takiego problemu. Pewnie nie masz żadnych problemów, prócz ciężkiej depresji i skłonności samobójczych.

Jeśli jednak jesteś zwykłym śmiertelnikiem, to wiesz że takie pierdoły potrafią nieźle uprzykrzyć życie. Zwłaszcza, jeśli się ich trochę uzbiera.

Dlatego jako Marszałek Ogarniętości mam dobrą radę na zakończenie tego pozytywnego wpisu. Zmień filtr w okapie, jutro wyrzuć ten obtłuczony kubeczek, pojutrze napraw skrzypiące zawiasy a następnego dnia przestaw trochę meble.

Zobaczysz, że za miesiąc twoje życie będzie lepsze co najmniej o dwa poziomy.

Chciałam dzisiaj napisać, że niekoniecznie chcecie, żeby się wasze marzenia spełniły. Ja wiem, że dalej będziecie marzyć o różnych super rzeczach, typu wakacje albo ciastka z kremem, albo miłość, ale posłuchajcie tego.

Marzenia są bardzo szczwanymi byczkami i wszędzie potrafią się wepchnąć. Ja mam tak, że jak tylko zaczynam coś robić to rosną mi na głowie takie marzenia, że jestem w tym strasznie najlepsza i wszyscy mnie kochają, i zapraszają do telewizji śniadaniowej żeby uścisnąć mi rękę, a pan prezydent pisze do mnie list z gratulacjami, że nauczyłam się rysować. Ja nie wiem jak można być takim głuptasem skończonym, ale to właśnie robi mój mózg.

Po prostu najczęściej gdy się spełni to marzenie, to nic się nie zmienia. To nie jest tak, że zdobędziesz jakąś nagrodę i umierasz szczęśliwy, po prostu pracujesz dalej na kolejną, albo olewasz wszystko, wydajesz na narkotyki i po roku nie masz nic. Ewentualnie wracasz do zwykłego życia, w którym nic się nie dzieje i ciągle wracasz myślami do momentu, w którym byłeś w czymś najlepszy.

Niestety, każda super sytuacja i każde świetne spełnione marzenie po pewnym czasie przechodzi do codzienności i szybko przestajesz zwracać na to uwagę.
Jest taki komiks który to pokazuje a pod koniec ma taki morał, żeby uczynić każdy swój dzień świętem.

Czasem za to okazuje się, że wcale nie jest ci lepiej, to znaczy niby jest ale przez 15% czasu, a przez resztę musisz dużo biegać, zdrowo się odżywiać i uważać na swoje zdrowie psychiczne. Trzeba być na to przygotowanym, dodawać taką codzienność do swoich marzeń i przemyśleć jak to ma wyglądać po spełnieniu marzenia, a nie tylko w trakcie gdy odbierasz u prezydenta swoje Grammy.

Nie rezygnuj od razu z marzeń, bo one są super i mnie na przykład bardzo dobrze trzymają w całości. Po prostu dodaję już do swoich trochę realności.



PS. Napisałam ten post dokładnie w momencie, gdy Jedzonelka też o tym napisała. 

Porozmawiajmy o prezentach ślubnych. Mam swoje źródła i wiem, że się teraz młodym nie wręcza pięciu żelazek albo jakichś kryształów, tylko albo oni robią listę i każdy zaklepuje prezent, albo piszą że chcą kasę i jest łatwiej. Słabo jeśli ta kasa jest w kopercie z życzeniami, pewnie później siedzą ze starymi i obczajają kto ile dał.

[OGROMNE SPOJLERY Z GRY O TRON] *

Zgadnijcie co bym wybrała pomiędza kasa i prezent?

Śmierć Joffreya. Nie ubawiłam się tak świetnie już od dawna i jak dla mnie to mogą zabić Tyriona (tak serio to nie, tylko dziś tak uważam), bo w końcu nie będę musiała patrzyć na tego okropnego chłopaczka.

Strasznie mi się podoba ta tradycja, że na każdym weselu ktoś musi zginąć. Pamiętacie w pierwszym sezonie jest Khal Drogo powiedział, że "wesele bez chociaż jednej śmierci to nie zabawa" czy coś takiego? To był właśnie największy spojler w całej serii.

Btw. o co chodzi z Rains of Castamere? Tzn wiem o co chodzi, ale po co oni to jeszcze grają skoro przy tym każdemu jest nieswojo i za każdym razem jak to leci to ktoś umiera? Nie wiem jak można wierzyć w jakiegoś boga jasności, "winter is coming" i inne mówiące drzewa, a nie zauważyć, że ta piosenka nic dobrego nie wróży. W realnym świecie ta piosenka byłaby jak Voldemort w świecie Harrego Pottera.


Picture by Hmomoy
*haha ogromne spojlery. Czy tylko ja mam brzydkie skojarzenia? Tak.